Tumblelog by Soup.io
Newer posts are loading.
You are at the newest post.
Click here to check if anything new just came in.

April 27 2014

tivrusky
13:02

SpustoszonaZiemia1

„Ziemia była spustoszona” - to bardzo dobre i odpowiednie zdanie, na początek opowieści o tęsknocie. Innych zdań na początek już nie ma. Więcej się nie ostało.

Więc – Ziemia była spustoszona. Ograbiono ją z książek, zdań, słów a nawet liter. Zniknęły miasta, budynki, domy i mieszkania. Zniknęły lasy, drzewa, liście i lisy. Pozostała tęsknota.

Bohater siedzi sam w cieniu cudem zachowanej kępy drzew. Brzóz, zdaje się. Opiera się o wrak jakiegoś starego samochodu, który – również cudem – zachował w akumulatorze resztki energii, potrzebnej do uruchomienia starego odtwarzacza kasetowego. W powietrzu unosi się melodia Church of logic. Grają Medeski i Martin z Woodem. Przerdzewiały, skorodowany błękit nadwozia starego fiata, wgryza się w niebo, nieporównywalnie czystsze, jak jakiś biedny krewny, stojący na uboczu rodzinnego zdjęcia. „Stań z boku, tak, żebyśmy w razie potrzeby mogli cię wyciąć”.

Oparłszy się o karoserię skorodowanego wraku, wyciąga nogi i przeciąga się, ziewając ostentacyjnie. W usta wkłada źdźbło zeschłej trawy i przygląda się niebu. Nad horyzontem góruje jeden z Kolosów. Kroczy dumnie kilka kilometrów stąd.

Jaki on wielki, myśli chłopak. Dociera to do niego, gdy mimo wielkiego oddalenia – na oko dziesięciokilometrowego – odczuwa drobne wstrząsy a do jego uszu dociera głuche dudnienie kroków wielkiej maszyny. Na co dzień o tej wielkości nie myśli, nie zastanawia się nad nią.

Chcąc nie chcąc, zaczyna myśleć o wielkiej, pustej Ziemi. O ludzkości cały swój wysiłek, zamiast w rozwoju, skupiającej w trzymaniu gardy. O tym, jak dawno nie słyszał muzyki. Na takie rzeczy czasu być nie może. Wszak i on cały swój wysiłek zamiast na sobie, koncentruje na wytwarzaniu lub wyszukiwaniu elektryczności. Cieszy się, że trafił na takie a nie inne nagranie. Ale ta sielanka wiecznie trwać nie może.

Podnosi się, z plecaka wyciąga skomplikowane okablowanie i podłącza je do starego akumulatora. Przez około minutę urządzenie cicho buczy, w końcu przestaje. Chłopak przeciera szybkę wskaźnika i patrzy nań z uznaniem.

- Całkiem ładnie, całkiem ładnie.

Odchodząc zatrzymuje się i na chwilę wraca do wraku. Musi zabrać ze sobą tę taśmę. Dwie pieczenie na jednym ogniu. Sporo energii i taka dobra muzyka. I wszystko w dzień wolny, podczas spaceru po dalszej okolicy.

Wraca do mieszkania, gdy robi się już ciemno. To, wciśnięte między inne podobne, przyjmuje go ciepło w ramiona swej ciasnoty. Taśmę układa na półce, obok innych kaset i płyt. Podchodzi do telefonu, wyłącza tryb oszczędności i sprawdza – nikt nie dzwonił. Wykręca numer i czeka z słuchawką przy uchu.

- Jak tam wyprawa? Odpocząłeś? – w słuchawce rozbrzmiewa głos młodego mężczyzny.

- Tak. Znalazłem przy tym trochę energii i taśmę z dobrą muzyką – w jego głosie rozbrzmiewa radość.

- Świetnie. Jutro posłuchamy.

- Wyruszamy po siódmej, tak?

- Tak. Po siódmej.

- Kończę. Ściemnia się. Do zobaczenia.

Odwiesza słuchawkę, natychmiast wracając do oszczędnego trybu pracy telefonu. Po sprawdzeniu godziny, także zegar ląduje w trybie oszczędnym. Będzie tak czuwał do szóstej. Wówczas sam się włączy i obudzi śpiącego jeszcze chłopaka.

Sufit i jedna ze ścian w całości składają się ze szkła, tak, by światło wpadało do środka z zewnątrz. Jego mieszkanie jest jednym z setek ułożonych koliście wokół latarni. Ta pnie się na kilkadziesiąt metrów w górę, oświetlając kolejne, coraz dalsze od niej kręgi. Całe miasto tak właśnie wygląda. Dziesiątki latarni i setki mieszkań wokół nich. W sumie w tym miejscu, pośrodku niczego, w pustynniejącej powoli Europie Środkowej, schronienie znajduje kilkanaście tysięcy ludzi.

Chłopak podchodzi do półki z kasetami i głaska je, nucąc jakąś starą melodię. Wczesny wieczór jest już powoli wypierany przez wieczór późny. Zegar, po przejściu w tryb czuwania nie wyświetla już godziny, ale znajomość tej nie jest wcale konieczna. O jedenastej w nocy, latarnia zgaśnie, żarząc się jedynie słabym, pomarańczowym pół-światłem.

Bohater kładzie się.

Sen zazwyczaj nie przychodzi przed wygaszeniem. Zwykle trawił ten czas na myśleniu. O niej, rzecz jasna. Zamyka oczy i myśli, latarnia gaśnie, on zasypia.

July 26 2012

tivrusky
16:03

Waste3

Prawdziwe schody za plecami i senny korytarz z przodu. Gdyby tak na schodach spać dzisiaj, może jutro ranek witałby Krzysztofa a nie znów kogo innego? Trzeba to przemyśleć. Póki co zjeść trzeba. W sen kolejny wejść, zanurzyć się w nim - taka kolej rzeczy. Krok za krokiem, a każdy głuchszy od poprzedniego. Krok za krokiem, kontury coraz mniej wyraźne. A może to nie sen tylko coraz ciemniejszy i ciaśniejszy korytarz? Kroki wygłusza, ciemnością rozmywa jasność wzroku. Nogi szły do przodu. Parami. A głowa nie wiedziała - czy właśnie zasypia? Czy po prostu przechodzi w ciemniejący korytarz?

Jedzenie. Smaczne. Żal, żal że więcej się nie kupiło.
Wanna. Zimna woda wypuszczona, ciepła woda wlana. Ciepła i przyjemna, kolejna godzina mija w wodzie właśnie. Myśli po głowie biegają między uchem lewym i prawym. Sen, nie-sen. Przecież jest świadomość. Przecież w śnie ma się świadomość, a rano się go nie pamięta. Jest się bohaterami, kochankami, odkrywcami. Jest się i nie jest się. Nie pamięta się tego koniec końców. A to życie? Czym różni się od takich snów? Jest się Krzysztofem, jutro już się nie jest. Nie pamięta się nawet, że się było. Usta ruszają się znów bezdźwięcznie, w końcu jednak dźwięk jakiś wydając.
- Śni się, czy żyje się?
Plusk wody.
- Jeśli się żyje, to czym to życie od snu się różni?
Chrzęst rozprostowanych stawów.
- A jeśli się śni, to czemu się życia nie pamięta?
Znów wody odgłosy odpowiadają.
- Śni się czy żyje się? Żyje się! Kartki to przecież potwierdzają! Dziś napiszę, jutro przeczytam!
Kran odkręcony, woda uzupełniona, ocieplona, plusk.
- Jeśli to sen, to i kartki się wyśniło. Cóż za problem i niezgodność w śnieniu o tym, że już wcześniej się śniło?

Woda wypuszczona.
Ale czy na pewno? Nerwowe kroki do łazienki. Na pewno.
Czas przy biurku usiąść, czas napisać wiadomość z dziś.

Krzysztof - imię dzisiejsze. Jaki dziś dzień, nie ma znaczenia. Woda w wannie wypuszczona, sprawdzałem. Cholerna wanna! Muszę sprawdzić jeszcze raz. Pusta. Myślę, że będę dziś spał na schodach. Mam wrażenie, że tylko one mi się nie śnią. Wierzę w ich istnienie bardziej, niż w siebie samego...

Pisał tak i pisał, każde zdanie warząc.
Wanna była pusta. Ale wody zaczęło w niej przybierać - nie z kranu a z odpływu - jakby ten zwracał, co dziś przełknął. Coraz więcej i więcej. Wanna już pełna, woda już się przelewa. Nie tylko wanna pełna - obrazki na ścianach mokre, kapliczka za plecami Krzysztofa też przemaka. Palce zimne z wody wychodzą, za krawędź wanny łapią. Palce inny rytm niż kroki mają - nie dwójkami a piątkami trzeba je liczyć. Więc: pięć, dziesięć, dwadzieścia, pięćdziesiąt... Palce, dłonie całe, wychodzą, pełzną po podłodze ręce jak węże długie, zamiast paszczy dłonie trupie, zsiniałe, palce z paznokciami połamanymi, niektóre bez paznokci, do salonu ciągną. W korytarzu z obrazków i zdjęć kolejne. Z kuchni wypełzają, w misce, w garnkach źródło mając. W pięściach zaciśniętych, noże wszystkie niosą. Tłoczą się już w korytarzu w wężowym pochodzie bezszelestnym. Do salonu wpełzają, przerażonego mężczyznę za szmaty łapią i podnoszą.
Blade, trupie dłonie topielca. Dotyk mrozi krew w żyłach, płuca w panice ledwie powietrze łapią. Wisi nad ziemią ciało, żywe, choć jak truchło bezwładne, skurczami wywracane we wszystkie strony. Pod stopami wije się całe wężowisko, gniazdo palcami i dłońmi najeżone. Ręce ostrzami przed oczami wymachują. Ku kapliczce odwracają.

Włosy zmatowiałe, jasne, już nie złote. Oczy sine, zza mgły patrzące, w uśmiechu zęby obnażone. Ostre jak u drapieżnika jakiegoś. Piersi żyłami niebieskimi zaznaczone, z sutkami fioletowymi, skóra biała, martwa, z pępka woda się sączy, łono trupie, między nogami kolejne wody źródło, same nogi drżące, ledwie trupie, topielcze ciało utrzymujące. Stoi tak przed nim. Twarzą w twarz. I patrzy i nic nie mówi. Może jej oczy wypełnione są nie mgłą a łzami? Może śmiercią?
Przerażenie nie pozwala o nich myśleć.
Przerażenie nie pozwala o nich nie myśleć.
Przerażenie nie pozwala przestać myśleć.
Przerażenie nie pozwala w ogóle myśleć.
Cisza. Minuta za minutą zbierają się w minut trzydzieści i więcej. Serce zaraz z przerażenia pęknie. Palce trupie powieki przytrzymują, żeby wzrok nie uciekał, żeby widział żeby się nie chował.

- Dobry wieczór, Tomaszu.
Pamięć wraca. Nagle. To nie żaden sen. Benedykt, Filip, Piotr... cała lista imion i dni wraca, w głowie się rozgaszcza, na końcu listy Tomasz. Wraz z imieniem prawdziwym, pojawia się przerażenie i ból w piersi tak potworny, że chciałoby się umrzeć! Wyszarpać! Żebra, płuca, serce, kręgosłup - dziurę na oścież w piersi otworzyć. Łzy wybuchają pod powiekami, pełzną po policzkach.
Pamięta już. Już pamięta!
- Widzę, że twoja pamięć wróciła. Pamiętasz już co zrobiłeś.
Pamiętał, płacz z oczu przenosi się na twarz całą, grymasem ją wykrzywiając.
- Mam do ciebie pytanie. To samo co wczoraj, to samo co zawsze, najdroższy. Możesz zapomnieć wszystko i jutro przeżyjesz piękny nieświadomy dzień, a wieczorem spotkamy się znów. Możesz stąd odejść, przerwać to wszystko. Nie męczy Cię to? To już całe lata... ale nie zapomnisz. Więc co wybierasz?

Minuta do minuty, minut kolejnego milczenia już znów kilkadziesiąt.
Wszystkie siły jakie w nim jeszcze zostały zdołał teraz zebrać i ułożyć z nich dwa słowa. Na nic więcej stać go nie było.
- Chcę zapomnieć.
Przytomność uciekła. Zimne ręce go uniosły. Pościel z łóżka odgarnęły, otuliły ciepło.

Stanął przed lustrem. Patrzył. Po twarzy palcami wędrował.
Imię na dziś: Jakub.
Tags: skrawki
tivrusky
14:53

Waste2

Mieszkał na ulicy Wodnej, w kamienicy z numerem parzystym, na poddaszu, za ostatnimi drzwiami ostatniego korytarza, pewien młody człowiek. Za wiele o nim powiedzieć nie można, i on sam o sobie powiedzieć wiele nie mógł - codziennie pamięć tracił. Rano wstawał, zdziwiony w lustro patrzył, spędzając przy nim sporą część poranka. Pytań defilada przez umysł paradowała, usta poruszały się niemo, żadnych słów nie wypowiadały. Nigdy.

Mieszkanie zwiedzał, jak turysta.
Łazienka - wanna pełna wody, kąpał się w niej i nie wypuścił? Nie - woda czysta.
Kuchnia - noże w misce z wodą, szuflady pootwierane. Więc sprzątał.
Korytarz - dywan mokry. Zacieki na ścianach. Awaria musiała się zdarzyć. Niedawno. Kilka ramek na ścianach, poprzekrzywianych, kilka z szybami stłuczonymi. Codziennie podchodzi i poprawia, codziennie zamiera i na zdjęcia i rysunki w ramkach patrzy. I przestać nie potrafi. Dziewczę piękne się do niego uśmiecha. Włosy jasne, z pewnością złote, czego czerń i biel fotografii oddać nie potrafią. Oczy pewnie niebieskie. Zdjęcie kolejne. Kolejne. Poprawione. Dalej. Portret z kolorami - tak - włosy złote, oczy niebieskie.

Salon. Najjaśniejszy, choć nadal szary - okna brudne, w połowie brudnymi zasłonami zaciągnięte. Drzwi. Okna na wprost. Lewa ręka - krzesło, biurko, sterta papierów. Ręka prawa - obraz w ścianie. Nie na ścianie, a w ścianie właśnie - we wnęce, świecami otoczonej ze strony każdej, w ramach zdobionych - obraz. Włosy złote, oczy niebieskie. Ciało nagie. Białe. Ołtarz i kapliczka. Staje i stoi. Dłużej niż przed lustrem, dłużej niż na korytarzu ramki poprawiając. Oczy same nie wiedząc czemu, łzy na policzki puszczają. Odwraca się i do biurka podchodzi.

Kartka 1:
Obudziłem się rano i nie wiem kim jestem. Pewnie przejdzie - nadzieję mieć mogę.

Kartka 2:
Obudziłem się rano i nie wiem kim jestem. Czy to ja zapisałem pierwszą wiadomość? Czy to się dzieje codziennie?

Kartka któraś z kolei, ze środka w niecierpliwości i panice wyciągnięta:
Znów woda w wannie, znów ramki wszystkie krzywo wiszą, znów rury awaria, choć woda z kranów leci i wszystko działa, znów nic nie pamiętam. Dzisiejsze imię: Tomasz.

Kolejna godzina w zamyśleniu, kolejna godzina bez przytomności... Nieme usta znów poruszają się, coś do siebie samych mówiąc. Imię na dziś wybierają. Krzysztof. Krzysztof jest głodny. Pieniądze znajduje w szufladzie, na ulicę Wodną na dół schodzi. Jedynie poręcz życzliwa, jedynie poręcz istnieje, jedynie dzięki niej w pustce się nie wisi. Tylko w poręcz Krzysztof wierzy, bo tylko ona pewna. Mieszkanie mu się śniło, zaraz wbiegnie w kolejny sen, w ulicę Wodną, między ludzi wyśnionych, których wczoraj jeszcze nie było. Bo i Krzysztofa nie było - z kartki wyczytał - wczoraj po schodach na ulicę schodził niejaki Benedykt.
Oczy wbić ciężko w chodnik, dnia dobrego nikomu nie życzyć, z nikim słowa nie zamieniać. Słońce cholerne, tutaj w oczy pali, rozejrzeć się nie daje. Do sklepu, do sklepu kupić żarcie, brzuch napełnić, czymkolwiek i gdziekolwiek. Oby znaleźć szybko, oby notatka nie okłamała, oby sklep wyraźnie wskazywała.

Chodził dzień dziennie ulicą Wodną człowiek pokraczny, nikogo nie dziwił, każdy przywykł. Kilka razy zaczepiony musiał się przedstawić, z ludzi idiotów robił, zawsze inne imię podając. Szlachcic wielki i ekscentryk, ludźmi gardzący, z ludzi kpiący, głowę zwieszający i czym prędzej uciekający. Kupował zawsze gotowe posiłki w sklepach najdroższych i uciekał. Pod numerem dwudziestym drugim się chował, w ruderze rozwalonej, pewnie dla zmylenia gapiących się na niego. Pewnie bogactwo tam chował nie wiadomo jakie, żył jak król pewnie, chowając się tam gdzie nikt by nie pomyślał.

Ręka chwyciła poręcz, głowa przytomność odzyskała. Sen minął. Ale - lunatykował? - pod pachą przecież pakunek sterczy, we śnie lunatykując, nabyć go musiał. Ale sen już się rozmył, nic po nim nie zostało. Teraz w objęcia matki-poręczy, spiralą ku górze kroki parami rytm wybijają. Poddasze. Ręka puszcza poręcz. Nogi w kolejny sen wchodzą. Kolejny sen którego Krzysztof nie zapamięta. W którym umrze. A jutro? Jutro obudzi się Adam? Bartosz? Cezary? Daniel?

Ale Krzysztofowi pozostał jeszcze przecież posiłek i wieczór ostatni, przed zaśnięciem - egzekucją.
Tags: skrawki
tivrusky
13:45

Waste1

Kamienice. Zamieszkałe. Niezamieszkałe. I te wpół zamieszkałe. Ceglani optymiści, pesymiści, i ci którzy nie mogą się zdecydować - czy są tylko w połowie puści, czy aż w połowie zapełnieni. Wchodzi się do takiego molocha i od razu się wie - pusty czy pełen, czy tak czy inaczej.

Na ulicy Wodnej stała kamienica, która wątpliwości nie miała. Była pesymistą - pustym pesymistą. Prawie pustym, co ją pocieszało, ale to prawie nijak połowy nie zapełniało. Drzwi stare, z drewna w łuk cięte, na dwa skrzydła dzielone, okuciami metalowymi zdobione. Liście metalowe, gałązki metalowe, grona metalowe, klamka metalowa.
Wszystko metalowe.
Metal metalowy. I pordzewiały.
Drzwi drewniane, metalowe i skrzypiące.
Posadzka kamienna.
Kroki głuche.

Krok drugi i czwarty, dziesiąty i dwudziesty. Parami liczone. Po dwudziestu w połowie piętra się stoi, na schodach drewnianych, zmurszałych, jak drzwi skrzypiących. Poręcze metalowe, metal jak na drzwiach - za winne grona przebrany, przez rdze atakowany. Winne grona? Komu one winne? Niewinne. To człowiek winny im wdzięczność - poręcze zdobią, człowiek się złapie, człowiek nie spadnie.
Więc nie spada człowiek na pierwszym piętrze.
Nie spada też na drugim.
I na trzecim nie spada.
Schody skrzypią, trzeszczą, poręcz pewna jedynie w tej podróży. Tylko jej się trzymać, tylko w nią wierzyć - bo w co innego? Tylko jej zaufać - bo komu innemu? Tylko ona. A w koło ściany z tapet obdarte, z tynkiem odskakującym, z farbą pociemniałą. A w ścianach okna a w oknach szkiełka a w szkiełkach światło tańczy. Część szkła już stłuczona, całość szkła już brudna a światło jak tańczyło tak tańczy. Maluje rumieńce na schodach, grona dojrzewają. W powietrzu od kurzu ciężkim, snopy światła jak filary wspierają schodów konstrukcję. Poręcze dzięki nim jeszcze pewniejsze. Światło i poręcze - to wszystko co istnieje w czasie wspinaczki na górę.

A więc piętro czwarte, a więc poddasze w końcu. I korytarz na nim - jakiś dziwnie płaski i wrogi dla kroków do stopni nawykłych. Jakiś dziwnie ciemny i wrogi dla oczu do filarów ze światła przyzwyczajonych. I zimny i ciężki i zatęchły i wrogi coraz bardziej z każdym krokiem ku drzwiom na końcu kierowanym. I drzwi czarne, odrapane. K+M+B z zeszłorocznym rokiem kredą nagryzmolone, zamiast wycieraczki, zamiast "witamy", zamiast zapachu herbaty.

Ostatnie drzwi, jedyne drzwi, które ktoś otwiera. A kto to? Nie wiadomo. Nawet dla niego samego to zagadka, przeszłość nieogarnięta. Jak ma na imię? Nie wie. Każdego dnia ma nowe imię. Każdego dnia zmysły i pamięć traci. Każdego dnia budzi się nowy i inny. Ten sam, ale inny. Do drzwi się puka, drzwi się otwiera, próg kroków parę na pół przedziela.

Kamienica przy ulicy Wodnej nie narzeka zatem - niby mieszkaniec jeden... a codziennie mieszka w niej ktoś inny. Czuje się, jakby w połowie ją ktoś zapełniał.
Tags: skrawki

July 22 2012

tivrusky
15:58

Kruk

Na ulicy Wodnej mieszkało dziewczę. Nie można z całą pewnością powiedzieć, że tam mieszkało, ale często można było tam na nie wpaść. Tam i tylko tam. Była tam. Nigdy nie wchodziła i nie wychodziła z żadnego domu, więc nikt nie wiedział gdzie mieszka, gdzie sypia i czy w ogóle sypia - bo w nocy tylko można było ją dostrzec i nad ranem. W dzień znikała. W chowanego ze słońcem się bawiła. Pojawiało się, szukało jej cały dzień ciepłymi promieniami, ale znaleźć nie mogło. Zrezygnowane zachodziło, pewnie szło szukać dalej. Bezskutecznie, bo wtedy właśnie zaszczycała swoją obecnością ulicę Wodną, na której słońca już nie było. Spoglądała w niebo, uśmiech na bladych usteczkach się chował. Nadaremnie - przebijał na zewnątrz przez oczy. Włosy czarne na ramiona drobne opadały, w czarnej sukience ginąc.

A sukienka jej - to było coś. Siadałem codziennie pod oknem, świecę gasiłem, żeby mieć pewność. Pewność, że widzę ją. Pewność, że ona nie widzi mnie. Codzienny rytuał. Za długo trwać nie mógł. Ot pięć minut pod oknem zaraz po zachodzie, pięć minut wieczorem późnym - by się upewnić czy jeszcze tam jest. Pięć minut przed snem i w razie snu przerwanego, kolejnych pięć minut między snami. Jak ulubiony obraz, na który warto rzucić okiem choćby na sekundę, za każdym razem jakiś nowy szczegół widząc.

Ale i ona miała swoje rytuały. Najważniejszy - chowanie się przed słońcem - towarzyszył innym, mniejszym. A może tylko pozornie mniejszym, a tak na prawdę ważniejszym? Nie wiem. Musiałbym ją spytać. Złamać zasady mojego rytuału. Nie mogłem.

Zbierała pióra. Zbierała i przyszywała je do swojej sukienki. Każdego dnia więcej. Jedno, dwa albo dziesięć. Każdego dnia kolejne. Naszyjnik z piór. Ramiona w piórach. Rękawy w piórach. Pierzasty biust. Tydzień po tygodniu. Miesiąc po miesiącu. Pióra pełzną już po plecach. Pióra biegną już po brzuchu. Pióra otulają biodra. Coraz ich więcej, z każdym dniem. A ja bałem się coraz bardziej. Wiedziałem, że gdzieś te pióra prowadzą, że ku końcowi biegną. I bałem się, bo byłem pewien. Pewnego dnia znajdzie ostatnie pióro. I odleci.

Podejrzewałem ją też o inny rytuał. Pukanie w drzwi. W moje drzwi. Ktoś pukał wieczór w wieczór. Biegłem w dół i drzwi otwierałem. Zawsze puste schody, chodnik i ulica. Też pusta. Nieraz jakieś pióro. Nie wiem czy przez wiatr przywiane, czy z sukienki wypadłe w szybkiej ucieczce. Nie wiem czy to była ona, ale bardzo chciałem w to wierzyć, więc wszystkie wątpliwości wyparłem. A jeśli to ona. Nowe wątpliwości się pojawiały. Co jeśli gubiła pióra? Co jeśli któregoś dnia odleci i lecąc zgubi kilka piór? To nieracjonalne, ale bałem się o nią. I czy robiła mi na złość? A może bała się pozostać pod drzwiami oczekując na moje pojawienie się? Może wiedziała, że patrzę na nią z okna? Nie wiem. Otwierałem drzwi i już jej nie było - pewnie gdzieś za latarnią się chowała. Szukać i burzyć rytuału nie chciałem.



Żyło na ulicy Wodnej pewne dziewczę. O włosach i oczach czarnych. W sukni czarnej, czarnymi piórami obszytej. Co noc pióra zbierała. Co noc w drzwi pewne pukała, ale nie czekała na otwarcie. Mówiła sobie, że boi się rytuał złamać jakiś.

Żył na ulicy Wodnej pewien chłopak. Mężczyzna już, trzeba sprostować. Co noc trzykrotnie gasił świecę na pięć minut. Nie więcej. I patrzył na dziewczę zbierające pióra. Co noc otwierał drzwi i nikogo w nich nie zastawał. Nie szukał. Mówił sobie, że boi się rytuał złamać jakiś.

Ostatnie pióro.
Znalezione i przyszyte.
Zapukanie - pożegnanie.
Tags: skrawki
Older posts are this way If this message doesn't go away, click anywhere on the page to continue loading posts.
Could not load more posts
Maybe Soup is currently being updated? I'll try again automatically in a few seconds...
Just a second, loading more posts...
You've reached the end.

Don't be the product, buy the product!

Schweinderl